9 kwietnia 2016

Śledziowe życie

Witajcie kochani!
Chciałabym wam dzisiaj oddać w ręce one-shota, który jest dla mnie… Niecodzienny! Mamy w nim do czynienia z popularnym paringiem SasuSaku, a jak większość moich czytelników wie, nigdy nie darzyłam tej parki specjalną sympatią… Mimo to, na potrzeby konkursu Świata Blogów Narutomanii, zdecydowałam się właśnie na nich, bo jakoś tylko ich byłam w stanie wyobrazić sobie w moim pomyśle. Konkurs polegał na rzucaniu sobie wyzwań. Autorki losowo przydzielane były do dwuosobowych grup i wzajemnie stwarzały dla siebie podkład na cały tekst. Mój był bardzo prosty; jedyne do czego musiałam się zastosować, to tytuł Śledziowe życie.
No dobra, mówiąc, że to było proste, trochę przeginam. Dobre dwa tygodnie nie wiedziałam, jak się do tego zabrać. Ciągle bujałam myślami wokół tej pracy konkursowej, aż w końcu wyciągnęłam kilka banalnych wniosków i usiadłam do pisania.
Jak się okazało… Udało mi się! Pierwszy raz w życiu coś wygrałam. xDD Moje Śledzie zajęły pierwsze miejsce w konkursie i spoglądając na ilość zdobytych punktów oraz komentarze, ten tekst naprawdę przypadł ludziom do gustu! W życiu nie spodziewałam się, że może mi się udać. Nasze prace na potrzeby konkursu były wydane anonimowo, więc ludzie nie głosowali na nas ze względu na to, czy nas lubiłi czy nie, tylko patrząc na nasze umiejętności. Z tego stanowiska pozdrawiam tych wszystkich anonimowych, którzy uparcie próbowali mi wmówić, że wybiłam się na znanych autorkach. Tą wygraną udowodniłam dwie rzeczy: anonimom to, że ich przekonanie właśnie zostało starte na popiół, a sobie to, że przez półtora roku, od rozpoczęcia swojej przygody z pisaniem, poczyniłam naprawdę wielki krok do przodu i… tak. Jestem z siebie dumna!
Naprawdę, jeszcze raz z całego serca dziękuję wszystkim, którzy oddali na mnie swój głos i mam nadzieję, że będzie to dla mnie motywacją do dalszego szlifowania swoich umiejętności.
A teraz? Zapraszam wszystkich do lektury!


Manga: Naruto
Gatunek: komedia, romans, troszkę kryminalnie
Kategoria: SasuSaku
Ograniczenia: żadne (ze względu na wymagania konkursu nie mogłam sobie pozwolić na brzydkie słowa i erotyczne podchody :D)
Uwagi: ta partówka nie została oddana do rąk kogoś, kto mógłby ją sprawdzić, zatem mogą pojawić się błędy. Przy ponownym przeczytaniu dodałam kilka słów czy przecinków, ale tylko i wyłącznie własnymi łapkami; moje sumienie wciąż chce szanować punkt regulaminu, mówiący o zakazie oddania treści do betowania. :D


~***~


Przeniesienie.
Słowo to obijało się w mojej głowie przez niespełna miesiąc. W biurze, w mieszkaniu, podczas pakowania, przed snem, aż do chwili, gdy stałam po środku nowego lokum, a u mego boku znajdowała się niska, pulchna staruszka, której ciepły uśmiech podtrzymywał mnie na duchu.
— I jak? — mruknęła, zerkając na mnie z ukosa. Choć wciąż byłam nieco otępiała, to wewnątrz mojej klatki piersiowej szalała prawdziwa radość. — Podoba ci się, kochanieńka?
— Jest naprawdę idealnie — odparłam cichutko, szybując wzrokiem po przestrzennym saloniku. — Daję słowo.
Moje nowe mieszkanie znajdowało się na dwunastym piętrze bloku położonego w centrum miasta. Po pokonaniu frontowych drzwi, znalazłam się w przytulnym korytarzyku; na ścianie umieszczono ciemno-brązową szafkę, do której spodu przymocowano drewniane wieszaki na kurtki. Pod nimi znajdowały się dwie półki na buty oraz ozdobny pojemnik na parasole. Z prawej strony usytuowano hebanową komodę, a nad nią wisiało wielkie lustro. Ściany pomalowano na dwa kolory; brąz i beż, idealnie zestawiające się z drewnianymi mebelkami, a ozdobny żyrandol otulał to wszystko ciepłym światłem.
Niewielka kuchnia, która dla odmiany była naprawdę jasno urządzona, skojarzyła mi się z mieszkaniem ciotki Tsunade. Szafki, podobnie jak w przedpokoju, zostały wykonane z drewna, a jasne blaty pasowały do białych sprzętów AGD; sporej lodówki, nowoczesnej kuchenki, dobrze skrytej zmywarki, czy okapu. Pod ścianą, naprzeciwko zlewu, stał jasny stół z kompletem czterech krzeseł. Pomieszczenie wydawało się naprawdę wesołe i ożywione, bo wbudowane we wschodnią ścianę, duże okno, było idealnym źródłem naturalnego światła, żywo rozweselającego wnętrze.
Łazienkę i kibelek urządzono przy pomocy identycznych, biało-czarnych kafelków z ozdobnymi elementami w formie srebrzystych zawijasów. W mniejszym pomieszczeniu znajdowała się umywalka i muszla, zaś w drugim mogłam podziwiać dużo więcej. Naprzeciwko wejścia usytuowano sporą wannę z kabiną prysznicową. Po prawo stała szafka z umywalką, nad którą znajdowała się dwupiętrowa półeczka i lusterko. Obok widniał jasny kosz na pranie, a z drugiej strony pralka i wieszaki. Wiedziałam, że taka ilość przestrzeni pozwoli na spokojne dogadanie się ze współlokatorem.
Obok kuchni znajdował się niewielki salon. Na ścianie wisiał pokaźny, plazmowy telewizor, pod którym stał ciemny stolik do kawy. Naprzeciwko trzyosobowa, skórzana kanapa, a obok niej wielki fotel do kompletu. Światło wpadało do pomieszczenia przez dwa, wielkie okna i drzwi balkonowe. Pod jedną ze ścian znajdowała się szafka ze szklanymi drzwiczkami, a w niej dwie, różne zastawy stołowe. Pod drugą umieszczono masywną komódkę; stał na niej wazon ze świeżymi kwiatami. Moją sympatię zdobył jednak elektryczny kominek, wbudowany w rogu pomieszczenia. Choć miałam świadomość, że nie tańczyły w nim prawdziwe płomienie, to i tak byłam z niego cholernie zadowolona.
W pokoju gościnnym znajdowały się jeszcze dwie pary drzwi. Jedne z nich zostały zamknięte; podobno mój współlokator zawitał kilka dni wcześniej i wybrał sobie pomieszczenie. Z opowieści pani Ichiyo wnioskowałam, że to bardzo miły człowiek. Postanowił wziąć mniejszy pokój, wiedząc, że sprowadzam się z innego miasta i jestem kobietą, a te z pewnością potrzebują więcej miejsca. W każdym razie — duże, dwuosobowe łóżko wyglądało dosłownie zbawiennie, a ponowne spotkanie z beżowo-brązowymi barwami, było całkiem pocieszające. Przy moim nowym legowisku znajdowały się dwie etażerki, a na nich ustawiono fikuśne lampki nocne. Duża, wbudowana w ścianę szafa z przesuwanymi drzwiami i gigantycznym lustrem, toaletka i mięciutki dywan; naprawdę nie potrzebowałam niczego więcej.
— Czyli... — mruknęła przeciągle. Dostrzegłam w jej babcinych oczach wesołe iskierki. Była dosyć żywotna, jak na kobietę po sześćdziesiątce.
— Biorę! — sparowałam, zaciskając przy ustach piąstki. — Wątpię, czy gdziekolwiek w tym mieście znajdę coś tak odpowiedniego, w tak dogodnej cenie.
Kobieta wyraźnie się ucieszyła. Jej dochody składały się tylko i wyłącznie na emeryturę oraz rentę po zmarłym mężu. Syn zginął mając dwadzieścia trzy lata, a przez traumę nie starali się o kolejne dziecko. Była zupełnie sama, a ja wiedziałam, że wynajem tego mieszkania nie uszczęśliwi jedynie mnie.
Usiadłyśmy przy kuchennym stole, by załatwić papierkowe formalności i pogawędzić o okolicy. Blok znajdował się jakieś piętnaście minut drogi od mojego nowego biura, a wokół roiło się od sklepów, restauracji, pubów i innych, często uczęszczanych przeze mnie, miejsc. Naprawdę odczuwałam silne zadowolenie z lokalizacji i wciąż nie wiedziałam, jak odwdzięczę się moim przyjaciołom za całą pomoc.
Gdy złożyłam ostatni podpis, usłyszałyśmy szczęk klamki. Ktoś wszedł śmiało do środka, zamknął za sobą drzwi i po chwili stał w progu pomieszczenia.
— Jak wam idzie? — Szatyn posłał nam jeden ze swoich przyjaznych uśmiechów.
— Jest cudownie! — Podniosłam się, czując przypływ entuzjazmu. Doskoczyłam do niego i uwiesiłam się na szyi, czując jak mocno mnie obejmuje i do siebie przyciska, jednocześnie wesoło chichocząc. — Naprawdę, lepiej nie mogłam trafić.
— Ja też jestem bardzo wdzięczna, panie Inuzuka — wtrąciła Ichiyo, wstając z krzesełka. — Miał pan rację! Pani Sakura to świetna, ułożona dziewczyna.
— Wiem co dobre — mruknął, poruszając filuternie brwiami.
Porozmawialiśmy jeszcze przez kilka minut, po czym staruszka pożegnała się z nami, uprzedzając, że następnego dnia wpadnie z moim lokatorem. Nie zwlekając dłużej, zabraliśmy się z Kibą za wnoszenie wszystkich rzeczy, które transportowaliśmy jego samochodem ze starego, znienawidzonego mieszkania.
Byłam cholernie szczęśliwa, wiedząc, że mogę zacząć pewien etap swojego życia od początku. Zmieniłam otoczenie, sztucznych znajomych, mieszkanie, a przede wszystkim pozostawiłam w tamtym miejscu najgorszy koszmar — były związek. A raczej byłego, który uwielbiał wciąż uprzykrzać mi życie. W Konoha po mojej stronie ostawał tylko i wyłącznie szef. Kakashi, mężczyzna po trzydziestce; miał dwójkę dzieci ze swoją ukochaną żoną, Rin. Zawsze przyjmowali mnie z otwartymi ramionami, wciąż pomagali i tylko dzięki nim nie czułam się samotna. Rodzina Hatake postanowiła jednak uciec z tamtej dziury i zaproponowali to również mi. Wszystko wydawało się być idealne. Nowe biuro, jednak ten sam, poczciwy szef. Wielkie miasto, inne perspektywy i, na całe szczęście, moi przyjaciele, którzy już dawno uciekli, by zmienić coś w swoim żywocie. Z początku problem stanowiły pieniądze, jednak zebrałam do kupy wszystkie moje oszczędności, doczekałam się wypłaty oraz wysokiej premii, jak i również pomocy ze strony Kiby i Ino. Stare mieszkanie szybko się sprzedało, a chwilę później pakowałam z Inuzuką moje rzeczy i uciekłam. Nie jak tchórz, a jako osoba z marzeniami.
— Wciąż nie wiem, jak my to tam upchnęliśmy. — Kiba wszedł do windy zaraz za mną. Przy każdym kursie zabierał trzy razy więcej rzeczy niż ja, udając niewzruszonego. Mimo to widziałam, że pada na buzię, zwłaszcza, iż spędził tamtego dnia jakieś osiem godzin za kierownicą, jadąc po mnie i z powrotem.
— Ja też — prychnęłam, odgarniając do tyłu włosy.
— Sakura — zaczął, zmieniając nieco ton głosu. Popatrzyłam na niego; śmiesznie marszczył brwi, zastanawiając się nad czymś. — Nie boisz się?
— Czego? — Rozpięłam guziki płaszcza, czując jak się gotuję. — Sai tu za mną nie przyjedzie, nie będzie mu się chciało.
— Spróbowałby, głupi gnojek — syknął poruszony. Jego twarz zaraz złagodniała. — Bardziej chodzi mi o twojego współlokatora.
— Ach! — Machnęłam ręką, uśmiechając się. — Pani Ichiyo powiedziała, że to bardzo ułożony mężczyzna, który szukał spokojnego miejsca i kogoś, kto nie będzie mu przeszkadzać. Ani jego, ani mnie nie stać było na wynajem tu mieszkania samemu, więc tak jak ja, szukał lokatora. Powiedziała, że szybko się dogadamy i na pewno nie będziemy wchodzić sobie w drogę, zwłaszcza, że podobno bardzo zapracowany z niego człowiek.
— Oby tak właśnie było. — Westchnął i złapał pudła, gdy winda zajechała na odpowiednie piętro. — Pamiętaj, że jak cokolwiek będzie się działo, masz do mnie natychmiast dzwonić. A najlepiej będzie, jak załatwię ci jakiś gaz…
— Kiba!
— No co?
— Bądź poważny.
— Jestem śmiertelnie poważny — fuknął, ściągając charakterystycznie brwi.
Weszliśmy do mieszkania i przeszliśmy do salonu, gdzie tymczasowo odstawialiśmy wszystkie kartony.
— Będzie dobrze, mówię ci — rzuciłam, wzruszając ramionami. — Mam dobre przeczucia.
— Ostatnio, gdy to powiedziałaś, wjechałaś w ogrodzenie ZOO, przez co uciekły im dwie małpy — skwitował, krzyżując ramiona na piersiach.
— To przez to, że na mnie wrzasnąłeś, żebym skręcała! — Wystrzeliłam w jego stronę palcem, nie potrafiąc pozbyć się oskarżycielskiego tonu. — Za karę zostaniesz ze mną i pomożesz mi się z tym wszystkim uporać.
Po chwili dodałam, że tylko żartowałam, bo jego stan rozpaczliwie skłaniał mnie do tego, by siłą położyć go do łóżka. Mimo to, uparł się i zabrał za pomoc, nie zważając na moje protesty.
Do północy rozpakowaliśmy wszystkie pudła, które Inuzuka następnie wyniósł na śmietnik. W międzyczasie dodzwoniłam się do Ino, informując ją, że jej narzeczony zostanie i prześpi się na kanapie, bo jego zmęczenie naprawdę mogło przysporzyć nieszczęść za kierownicą. Gdy chłopak zasnął, cicho przemieszczałam się po mieszkaniu, roznosząc swoje rzeczy do poszczególnych miejsc. Choć wcześniej ekscytacja nowym lokum nie brała pod uwagę tego, że miałam zamieszkać z kimś zupełnie obcym, to później zupełnie mi się to odmieniło. Nieświadomie, każde miejsce dzieliłam na dwie połowy, byśmy mieli w nim własną przestrzeń; kuchenne blaty, szuflady, lodówkę, szafki w przedpokoju czy w łazience.
Zastanawiałam się kim on będzie. Biznesmenem? A może pisarzem... Ha! Nawet dostawca pizzy przyszedł mi do głowy. Gdy leżałam już w łóżku, próbowałam sobie wyobrazić, jak wygląda; czy nasze charaktery nie będą się ścierać.
Nie miałam wtedy pojęcia, jakie piekło gotował dla mnie los.


~***~


Rano biegałam po mieszkaniu w samym ręczniku, gdy tylko Inuzuka je opuścił. Zaparzyłam sobie kawę, którą popijałam z prześlicznej, porcelanowej filiżanki, przy okazji wybierając ubrania; miałam odwiedzić Ino, z którą nie widziałam się dobre pół roku.
Skoczyłam do kuchni, opłukałam naczynie i weszłam do łazienki, by po chwili wejść pod prysznic. Mimo panującego na zewnątrz mrozu, nie potrzebowałam gorącej kąpieli. Emocje, pochodzące z nieznanego źródła, wciąż się we mnie burzyły, dziwnie rozgrzewając; potrzebowałam więc jakiegoś orzeźwienia. Wyskoczyłam z kabiny i z grubsza osuszyłam ciało; zawinęłam na głowie turban, siebie owinęłam szlafrokiem i chciałam zabrać się za makijaż.
— Cholera — syknęłam niepocieszona, przypominając sobie, że kosmetyczkę zostawiłam w swoim pokoju.
Westchnęłam głośno i żwawo podeszłam do drzwi; nacisnęłam klamkę i chciałam zrobić energiczny krok. Cóż, widocznie tamten dzień musiał zacząć się jakąś tragedią. Niewielki dywanik uciekł mi spod nogi, sprawiając, że poleciałam do przodu, przy okazji zamaszystego otwarcia drzwi.
— Sakura! — Wrzask staruszki wypełnił mieszkanie, ale nie uchronił mnie przed rąbnięciem głową o przeciwległą ścianę.
Byłam pewna, że bez ręcznika na włosach, mogło się to skończyć tragicznie. Zjechałam po chropowatej powierzchni, opadając na kolana i wspierając się dłońmi o zimne panele, a serce kołatało w mojej klatce jak oszalałe. Prawie rozbiłam głowę!
Skołowana mamrotałam coś pod nosem, czując jak chłód z klatki wpada do środka przez otwarte drzwi i owiewa moją skórę. Nagle poczułam jak ktoś łapie mnie za ramiona; to nie są dłonie babuni! Były wielkie i miały cholernie pewny chwyt, dzięki któremu ustawiły mnie do pionu.
— Nic pani nie jest? — Usłyszałam nad sobą. Wpatrywałam się w szeroką klatkę piersiową, marszcząc czoło. Bardziej niż zażenowanie sytuacją, nurtował mnie jego głos. Sprawiał wrażenie bardzo znajomego; czułam jak na dnie czaszki niewyraźne obrazki zachowują się jak w pralce, jednak żadne z nich nie było zbyt ostre. — Halo?
Uniosłam wzrok w celu zapoznania się z wizerunkiem wybawcy i doznałam wrażenia niebotycznie silnego uderzenia w moją potylicę. Momentalnie każde wspomnienie wyostrzyło się na tyle, by rozgrzebać ziemię i wyciągnąć spod niej te wszystkie lata dojrzewania; doświadczeń, których się nie zapomina.
Jego ciemne jak smoła oczy, w ogóle się nie zmieniły. Wciąż wydawały się chłodne i pozbawione jakiegokolwiek szczęścia; wciąż były w stanie odepchnąć każdą istniejącą istotę, a tylko ja tonęłam w nich w tamtej chwili, jak wiele lat wcześniej. Nawet hebanowe włosy nie specjalnie zmieniły swoje ułożenie i kontrastowały z jego jasną cerą. Próbowałam dojrzeć w jego obliczu jakiś defektów, ale jasna cholera — nic się nie zmienił!
Ściągnął brwi i przyglądał mi się, by po chwili nieco zmienić wyraz twarzy. Choć emocje nadal nie współgrały z jego naturą i tylko nielicznym było dane je dostrzegać, to doskonale wiedziałam, że się, kurka wodna, zdziwił!
— Sakura — szepnął, cofając lekko głowę. — Sakura, to ty?
Zaczęło się.
Przeszedł mnie dreszcz niepokoju. Nie puszczał moich ramion, jakby się bał, że zaraz znowu zrobię sobie krzywdę. Ichiyo stała w milczeniu za jego szerokimi plecami; chyba nie zdradziła mu moich danych, skoro był taki zaskoczony, a samo wykrzyczane przez nią imię było przecież dosyć popularne. Męską buzię ozdobił dziwny uśmiech, na swój sposób cyniczny i przerażający. Doskonale wiedział, że nie jestem jakąś tam, pospolitą Sakurą.
Przecież to niemożliwe!
— Nie — odparłam zdawkowo, kręcąc energicznie głową. — Pomylił mnie pan z kimś.
Głos mi drżał; pragnęłam, by naprawdę nie pamiętał mojej osoby. Wyswobodziłam się z uścisku; nie miałam zielonego pojęcia co mam zrobić. Zaczęłam nawet powtarzać w myślach, by okazało się, że nie jest moim współlokatorem, a jakimś pieprzonym konserwatorem!
— Nie pomyliłem — mruknął niskim barytonem, kiedy chciałam cofnąć się w głąb mieszkania.
Chwycił za ogołocone przedramię; aż przeszły mnie dreszcze! Sięgnął wolną dłonią do mojej twarzy, by złapać za wystający spod ręcznika, jedyny, drobny, nieszczęsny kosmyk tych durnych, różowych włosów. Popatrzył na niego znacząco, miętosząc w palcach i zajrzał mi w oczy.
— Jesteś Sakurą Haruno — mruknął, wypuszczając nosem powietrze. — Tą Sakurą Haruo.
Obserwowałam go, wstrzymując oddech. Nie wierzyłam w to, co się tam rozgrywało, naprawdę. Byłam pewna, że jeszcze się nie obudziłam.
— Jejku, jak dobrze! — zaszczebiotała staruszka. — Skoro się znacie, będzie wam o wiele wygodniej, prawda?
Co z tego, że się znaliśmy? W grę wchodziła przecież nasza relacja!
I choć minęło dziesięć lat, wciąż miałam ochotę wydrapać mu te czarne oczyska, wyszarpać go za kudły, wyrzucić przez balkon, albo cisnąć pod ciężarówkę... Och, wszystko jedno jak, byleby się go pozbyć.
— Na pewno — przytaknął, odwracając twarz w jej stronę. Uśmiechał się do niej, jakby był najszczęśliwszym facetem na świecie, a ja bałam się krzyknąć, że właśnie łgał! Zwrócił się jednak z powrotem do mnie. — Mam nadzieję, że pani Sakura mnie pamięta.
Sasuke, ty głupia kupo gówna.
— Niestety — fuknęłam pod nosem, zaciskając usta w wąską linię.
Ichiyo jednak nie dostrzegła mojej niechęci, a ja drżałam, mając wrażenie, że na moich barkach ustawiono wielki głaz, który będę nosić, póki nie zrzucę tego gnojka ze schodów.
— Panie Uchiha, wszystko już podpisaliśmy, także zostawiam państwa samych — oznajmiła staruszka, a w moim gardle pojawiła się ta nieprzyjemna gula. — Panowie zaraz wniosą pańskie rzeczy, tak?
— Tak, rozładowują się na parkingu — odpowiedział jej, wciąż wlepiając we mnie wzrok.
Zawiązałam szczelniej szlafrok i szybko uciekłam do swojego pokoju. W pośpiechu złapałam komórkę i wykręciłam numer Yamanaki, wolną ręką pakując potrzebne rzeczy do torebki.
Halo? — Gdy tylko odebrała, miałam ochotę wybuchnąć.
— Mogę przyjechać wcześniej? — zapytałam, przewieszając torbę przez ramię i biorąc pod pachę ciuchy. — A najlepiej za pół godziny?
Pewnie, że tak — odparła spokojnie. — Sakura, coś się dzieje?
— Przysięgam Ino. — Przystanęłam przed drzwiami pokoju, biorąc głęboki wdech. — Jeżeli Inuzuka wiedział o tym, co ma tu właśnie miejsce, to wasze wesele się nie odbędzie.
Sakura? — Przejęła się nie na żarty; to źle. W jej stanie nie powinna była się denerwować. — Czy ja mam wysłać tam Kibę?
— Nie. Po prostu spodziewajcie się mnie zaraz u siebie, okay?
Rozłączyłam się po jej zgodzie i zebrałam w sobie. Otworzyłam drzwi i wparowałam wściekła do salonu, nie zważając na sylwetkę Sasuke w jego lokum. Przeszłam szybko do łazienki i zamknęłam się w niej, klnąc srogo w myślach na los, który chyba mnie nienawidził.
Wskoczyłam szybko w ciemne spodnie, wcisnęłam się w białą bokserkę i kremowy sweterek, chwilę później susząc włosy. Wiedziałam, że muszę jak najszybciej uciec z mieszkania i ochłonąć, bo to spotkanie na prawdę nie mogło się dobrze skończyć.


~***~


— Sakura, przysięgam — zastrzegł się szatyn — nie miałem zielonego pojęcia, kto będzie twoim lokatorem. Nawet nie pytałem Ichiyo o jego imię, bo uprzedziła mnie stwierdzeniem, iż ściśle przestrzega zasad dotyczących nieujawniania danych osobowych.
— W głowie mi się to nie mieści — odezwała się Ino, siedząc na krześle, tuż pod kuchennym oknem.
Wspominałam, że są moimi najlepszymi przyjaciółmi? Chyba się okłamywałam — owa sytuacja niesamowicie ich bawiła. Kiba cały czas miał przesłonięte dłonią usta, by ukrywać przede mną głupkowaty uśmiech, a Ino nawet nie starała się być miła.
— To nie jest śmieszne! — krzyknęłam oburzona, nie mogąc pojąć tego, jak bardzo mieli w nosie moje uczucia. — Ja go nie zniosę! Nie wytrzymam z nim!
— Trochę jak w Panu i Pani Smith — rzuciła blondynka, na co jej partner prychnął głośno i wyszedł z pomieszczenia, by nie oberwać kubkiem, dzierżonym przeze mnie w dłoni. — Jak wrócisz, to sprawdź, czy do spodów szuflad i stolików nie są poprzyklejane pistolety.
— Ino — jęknęłam, kładąc głowę na blacie. Wzięłam głęboki wdech i zamknęłam powieki. — Nie chcę z nim mieszkać. Nie chcę w ogóle go widzieć. Nie po to leczyłam się z niego dobre trzy lata.
— Tss. — Czułam, jak powietrze nagle się zagęściło, a za mną ktoś stanął. — Twoje leczenie skończyło się na tym, że wybrałaś sobie za lekarstwo potwornego sukinsyna, który ostatecznie zatruł twoje życie. Nienawidzę obojga, ale Uchiha miał w sobie resztki honoru i godności.
Kiba naprawdę ich nie lubił. Najpierw był Sasuke; chłopak marzeń wszystkich dziewcząt z naszego gimnazjum. Gdy tylko szedł przez korytarz, wszystkie pary oczu zwracały się ku niemu, kiedy jego wzrok wciąż skupiał się na drodze. Ten chłopak nigdy nie szukał miłości; twierdził, że mu owa do niczego nie jest potrzebna, tak samo jak przyjaciele. Nie ukrywałam faktu, że Uchiha zawrócił też w mojej głowie, ale nigdy nie potrafiłam być natarczywa względem facetów, a szczególnie tych, u których nie miałam grama szansy na uwagę. Mimo wszystko, nasze drogi zeszły się na początku klasy maturalnej.
Sasuke zaczął z nami przebywać. Wszystko przez Naruto, który ciągle twierdził, że tego chłopaka trzeba rozruszać i wkręcił go do naszej paczki, na co Kiba i Shikamaru kręcili swoimi nochalami, a my wszystkie byłyśmy wniebowzięte. Ino, mimo dużego zainteresowania brunetem, odpuściła, ponieważ już wtedy zaczęło jej się układać z Inuzuką, a ja wciąż trzymałam się na uboczu, jakby znając swoje miejsce — wszędzie, byleby z daleka od niego. Cóż, przyszedł czas zamykania studniówkowych list, gdzie byliśmy zobowiązani wpisać się na nich i zaznaczyć, czy ktoś będzie nam towarzyszyć. Yamanaka powiedziała, że mam postawić tego magicznego ptaszka przy sobie, będąc święcie przekonaną, iż kogoś mi załatwimy. Nie wyszło. W połowie grudnia wychowawca poinformował nas, że musimy ostatecznie dopisać obok swoich nazwisk te, należące do naszych połówek. Mieliśmy czas do rana, następnego dnia. Czy chciało mi się płakać? Proszę. Po powrocie do domu wyłam jak zbity pies, dzwoniąc nawet do swoich kuzynów, ale ci na złość mieli inne plany. Gdy pogodziłam się z zawodem życia, moja komórka się rozdzwoniła. Widząc nieznajomy numer, nie miałam ochoty odebrać, ale zrobiłam to, zakładając, iż Ino znowu posiała swój telefon. Usłyszałam wtedy w słuchawce jego głos; przeszły mnie dreszcze, a w pokoju nagle zrobiło się jak w saunie. Choć powiedział mi wtedy wprost, że to Naruto zmusił go do tej rozmowy — i tak prawie zemdlałam ze szczęścia. Sasuke Uchiha, który miał w ogóle nie pojawić się tego wieczora na sali, nagle stał się moim partnerem.
To jednak wcale nie ociepliło naszych relacji. Wciąż byłam zbyt płochliwa, by rozmawiać z nim wprost, a on zbyt obojętny na otoczenie, by w ogóle zwracać na mnie uwagę. Czasami zastanawiałam się, czy przypadkiem nie przyśniło mi się, że dzwonił — brałam wtedy do ręki telefon i sprawdzałam połączenia. A jednak.
Nawet na głupią studniówkę jechaliśmy oddzielnie! Ja, Ino, Kiba i Shikamaru zostaliśmy transportowani przez pana Yamanakę, a Uchiha przyjechał wtedy z Naruto. Miałam podły humor i strasznie żałowałam, że się na to zgodziłam. Gdy zajechaliśmy pod salę, dosłownie czułam świeczki w oczach, widząc, jak Kiba pędzi, by otworzyć drzwi Yamance, a Nara wybiega do auta Temari. Mimo to uderzyłam się wtedy w pierś, wmawiając sobie, że nic mi tego wieczoru nie schrzani. I wtedy nastąpił przełom. Gdy tylko wyciągnęłam nogę, by stanąć na podjeździe i wypiąć dumnie pierś, przed moim nosem pojawiła się czyjaś dłoń; twarz jej właściciela do połowy zasłaniał dach auta. Przez chwilę pomyślałam, że Inuzuka chciał być miły, jednak szybko zrozumiałam, że to był mój partner.
Idziesz czy wracasz do domu? — Wciąż dokładnie pamiętałam sposób, w jaki do mnie mówił. — Osobiście wolałbym, abyś wysiadła i poszła tam ze mną.
Przyjęłam jego dłoń i wysiadłam z samochodu, chwilę później doznając większych dreszczy. Wsparł rękę na brzuchu, nonszalancko wyciągając łokieć, bym się o niego wsparła. Bez słowa splątałam nasze ramiona i dumnie kroczyłam u jego boku, nie potrafiąc przestać się nerwowo uśmiechać, kiedy wszystkie dziewczęta przed, jak i w środku budynku, wlepiały w nas wzrok pełen zazdrości i zawiści.
Może i większość wieczoru spędziliśmy tylko i wyłącznie siedząc obok siebie — oboje skupieni byliśmy na rozmowach z własnym towarzystwem — jednak miałam to śmieszne poczucie, że był tu ze mną, a nie z jakąś nieznajomą. Wolałam, by to innym dziewczynom z zawodu pękały serca, nie mi. Godziny mijały, alkohol dosłownie się przelewał, parkiet wciąż pełen był roztańczonych maturzystów; nawet ja się tam często przewijałam, jednak bez Uchihy.
Zaproś mnie do tańca — zamruczał wtedy do mojego ucha.
Pobudził wszystkie zmysły; stał za krzesłem, trzymał dłonie na jego oparciu, a głowę tuż przy mojej twarzy. Poczułam lekkie zawroty, chwilę później, zupełnie mimowolnie, opierając potylicę na jego barku.
Chyba pomyliły ci się role — odparłam, zamykając powieki.
Poczułam, jak bez najmniejszego wysiłku wysunął mnie razem z siedziskiem, by chwilę później z niego porwać. Ruszył w stronę rozszalałego tłumu, gdzie na dobre się wszystko zaczęło.
Spokojniej! — zaszczebiotałam, gdy nagle chwycił mocno moje ramię i przysunął do swojego ciała.
To był pierwszy raz, kiedy stałam tak blisko Sasuke, miałam wrażenie, że wchłaniał mnie jak gąbka. Moje nogi zmiękły, niebezpiecznie pozbawiając równowagi; jego prawa dłoń przywarła mocno do pleców, jakby chciał jeszcze bardziej mnie w siebie wcisnąć, a druga zatrzymała się na boku. Wtopił nos w różowe loki, które podrygiwały na moim ramieniu.
Sasuke, to troszkę boli.
Mnie też bolało.
Otworzyłam wtedy szerzej oczy, nie do końca rozumiejąc co miał na myśli. Byłam zaskoczona, myślałam, że chłopak chce się przede mną otworzyć przez głupi alkohol, ale nie miałam pojęcia, że jego problem dotyczył właśnie mnie.
Nie powinnaś z nimi tańczyć. To ja jestem twoim partnerem, zapomniałaś?
Odsunął się wtedy kawałeczek i popatrzył mi w oczy. Jego nieodgadnione spojrzenie pociemniało, a ciężkie, gorące oddechy smagały moją twarz.
Byłeś zajęty piciem i rozmowami z Karin — odparłam, próbując grać twardą. No właśnie: grać. On też zaczął jakąś gierkę, która, choć nie była dla mnie specjalnie zrozumiała, to w jakiś sposób mną zawładnęła, chcąc bym doszła do mety. — Nie chciałam ci przeszkadzać.
Przeszkadzało mi to, że cię dotykali — warknął, naciskając na mnie jeszcze bardziej. Byłam pewna, że połowa parkietu zerkała na nas ukradkiem lub też całkiem otwarcie, jak Ino i drżący ze złości Inuzuka. Nie przeszkadzało mi to; póki dotykał, póki miał tak blisko siebie, mógł zrobić ze mną wszystko. — Jesteś moja, Sakura.
— Halo! — poderwałam się nagle i popatrzyłam na wielki brzuszek, który spoczywał tuż przed moją twarzą. — Słuchasz mnie, głupia?
— Wybacz, dobijałam się przeszłością — westchnęłam, zauważając, że moja kawa jest już zimna. — Co mówiłaś?
— Nic, głuchy ćwoku — prychnęła, mrużąc powieki. — W każdym razie, nie zachowuj się jak gówniara. Jesteście już dorośli, macie po dwadzieścia osiem lat i jesteście oddzieleni od przeszłości grubą kreską. Nie ważne jak zakończyła się wasza znajomość, teraz zaczniecie od nowa i tyle. Traktuj go jak obcego, by zrozumiał, że chcesz zachować dystans. Uchiha nigdy nie był głupi.
— Ale był głupim sukinsynem! — wtrącił Inuzuka, podsłuchując nas z salonu.
— Kretyn. — Blondynka przekręciła lakonicznie oczyma i chwyciła za moją dłoń. — Dasz sobie radę. Jak będzie ciężko, to pomyślimy o innym mieszkaniu, albo naślemy na niego Kibę, Shikamaru i Naruto. A teraz powiedz mi, jakie mamy plany na wieczór.
— Wszystko mi jedno — parsknęłam — bylebym nie musiała tam wracać, zanim on nie zaśnie.
— Zawiozę was do centrum, żebyście pobiegały sobie po sklepach i poszukały czegoś dla maleństwa, jak to żeście biadoliły przez telefon cały zeszły tydzień, a sam skoczę do pracy. — Kiba wszedł do pomieszczenia i wstawił talerzyk do zmywarki. — Potem was odbiorę, zjemy coś i możemy pójść nawet do kina, jeśli wam się zachce.
— Świetnie! — Ino aż podskoczyła. — Podobno wyszła już trzecia część Gaia! Drugie oblicze czy jakoś tak.
— Nie pójdę na tę pedaliadę! — oburzył się chłopak. — Są jakieś granice, no kurcze!


~***~


Weszłam do mieszkania, w którym panował półmrok — z salonu dobiegało słabe światło włączonego kominka, a do moich nozdrzy dotarł drażniący zapach papierosów. Westchnęłam, przekręcając zamek, zsunęłam ze stóp buty i powiesiłam kurtkę, przy okazji zostawiając torebkę na komodzie. Ino przekonała mnie do dwóch słabych drinków, bym się nieco rozluźniła i byłam jej za to cholernie wdzięczna. Miałam ochotę wybuchnąć, rozdrażniona faktem, że ten skurczybyk palił w mieszkaniu, ale ugryzłam się w język.
Przeszłam powoli do kuchni, kątem oka zauważając, że mój współlokator — postanowiłam właśnie tak o nim mówić, co by się za bardzo z nim nie spoufalać — spoczywał na kanapie i czytał książkę. Całą drogę windą marzyłam o tym, by przekąsić coś lekkiego i pójść spać. Złapałam więc za rączkę lodówki i pociągnęłam drzwiczki, by po chwili prześlizgnąć wzrokiem po półkach.
Co u licha?
— Śledzie — mruknęłam, zaciskając zęby. Wszędzie były te pieprzone, śmierdzące ryby i najmniejszego śladu po moich jogurtach. — Śledzie! Uchiha! — ryknęłam, zatrzaskując lodówkę i wytorpedowałam z kuchni, by stanąć w progu salonu. — Co to ma, do jasnej cholery, znaczyć?!
— Nie rozumiem — mruknął, ostentacyjnie przewracając kartkę opasłego tomiszcza.
— Co to za śledzie? — warknęłam, utrzymując szeroko otwarte powieki. — Gdzie są wszystkie moje jogurty?
— Na balkonie.
— Na balkonie — powtórzyłam pretensjonalnie. — Możesz mi powiedzieć, co one tam robią?!
— Miałem wyrzucić je do śmietnika? — Zerknął na mnie znad książki.
— Miałeś zostawić je w lodówce! — Postąpiłam krok do przodu, ciężko stawiając stopę na panelach. Ochota na rozerwanie go dosłownie mną miotała.
— Niestety, moja droga współlokatorko. — Westchnął i zamknął wolumin, odkładając go po chwili na stolik. — Moje jedzenie muszę mieć wciąż pod ręką. Na dworze panuje minusowa temperatura, nic nie stanie się twoim jogurcikom.
— Jakim prawem wyniosłeś je tam bez mojej zgody?! — Nie wierzyłam w to, co robił. Wyjął z kieszeni spodni paczkę papierosów, wyciągnął jednego i po chwili odpalił, zwieszając do tyłu głowę. — Dlaczego palisz w mieszkaniu?! Nie wolno!
— Słuchaj Sakura — zaczął, zamykając powieki i wypuszczając z płuc sporą chmurę dymu. Jego zachowanie było niesamowicie lekceważące. — Gdybyś nie zwiała i omówiła ze mną jakiekolwiek zasady wspólnego mieszkania, teraz nie byłoby owej sytuacji. Ty jednak wolałaś uciec. Ustaliłem je więc zupełnie sam, uznałem to za pozwolenie.
Poruszyłam ustami jak karp, chcąc wykrzyczeć tysiąc słów w jednej chwili. Warknęłam jednak i pobiegłam do pokoju, by zgarnąć z parapetu okna spryskiwacz do paprotek, po czym wpadłam z powrotem do saloniku. Podbiegłam do siedzącego na kanapie mężczyzny i psiknęłam wodą w jego twarz jakieś dziesięć razy, by tylko doszczętnie zamoczyć fajkę, znajdującą się w jego ustach, a przy okazji całą buzię.
— A to są moje zasady! — wrzasnęłam, napinając całe ciało. — Nie ma palenia w mieszkaniu, rozumiesz? Wiesz, że tego nienawidzę! Nie wolno ci, pod żadnym pozorem, wchodzić do mojego pokoju! A jogurty mają wrócić na miejsce, bo inaczej zaniosę te twoje śmierdzące ryby do schroniska dla zwierząt, rozumiesz Uchiha?!
Miał rozłożone ramiona; rozmiękły papieros złamał się na pół i zleciał na jego koszulkę, a woda spływała po męskich policzkach i brodzie. Dopiero po chwili zrozumiałam co i komu właśnie zrobiłam. Cofnęłam się o krok, a on błyskawicznie poderwał się z siedziska i doskoczył do mnie. Odruchowo zacisnęłam powieki i zakryłam twarz ramionami.
— Co ty robisz? — warknął zdziwiony, łapiąc za nadgarstki, by odsłonić moją buzię. Był stanowczo za blisko. — Głupia, nie uderzyłbym cię!
Wyrwałam się, czując jak twarz wykrzywia mi się w pretensjonalnym grymasie, zupełnie jakby moja reakcja była spowodowana jego gwałtownością. Bez słowa uciekłam do pokoju i zatrzasnęłam za sobą drzwi, opierając się o nie plecami.
— Zmieniłaś się. — Usłyszałam. Rozdrażniona rozstawiłam nogi i spostrzegłam cień; stał tuż za drewnianym skrzydłem. Prychnął nagle i zaśmiał się ponuro. — Nie podoba mi się to.
— Daj mi spokój, Uchiha — syknęłam, odbijając się od chłodnej powłoki.
Miałam wrażenie, że ktoś wbił mi gwóźdź w serce. Nie wiedziałam już, czy chodziło o zdenerwowanie na Sasuke, czy też nawrót przeszłości, w postaci bolesnych wspomnień z czasów, wcale nie tak bardzo odległych. Te, dotyczące mojego współlokatora były nieco inne. Nie mogłam ich zaszufladkować; podpisać jako złe, czy dobre, bo wciąż nie wiedziałam co tak naprawdę ze mną zrobiły. Co on ze mną zrobił.


~***~


Od czasu, gdy zamieszkałam z Uchihą pod jednym dachem, minął już dobry miesiąc. Mijaliśmy się w mieszkaniu, jak zupełnie obcy ludzie, nie potrafiąc nawet powiedzieć sobie cześć. Moje jogurty były do wyrzucenia, opakowania popękały i ufajdały całą balkonową płytę. Już nawet nie chciałam spierać się z mężczyzną o to, jak mnie załatwił. Po prostu wychodząc rano do pracy, zebrałam je w torbę i wyrzuciłam. Tego samego dnia, wieczorem, znalazłam w lodówce zapas przeróżnych serków, które pojawiły się tam pewnie przez poczucie winy i męski honor.
Nadszedł dzień, kiedy Kakashi zadzwonił i oznajmił, że filia firmy potrzebuje mnie w mieście oddalonym kawał drogi od nas. Z początku nie rozumiałam, dlaczego inny pośrednik nieruchomości, znajdujący się na miejscu, nie mógł się tym zająć, jednak Hatake przekonał mnie dużą premią, ze względu na to, że zainteresowany willą nad oceanem mężczyzna, był jakąś grubą rybą.
Przed wyjazdem poinformowałam Sasuke, że opuszczam miasto na jakieś trzy dni i grzecznie poprosiłam, by nie wchodził do mojego pokoju, na co przytaknął mi głową, nie odrywając oczu od góry kanapek, którą sobie zrobił. Wychodząc z mieszkania i pędząc na parking, gdzie czekał na mnie szef, powtarzałam w głowie, że jestem najmądrzejszą osobą na świecie; wszystkie cenne rzeczy wyniosłam do Ino i Kiby — chyba byłam przewrażliwiona.
W każdym razie udało mi się sprzedać willę i to za całkiem pokaźną sumkę, której się nie spodziewałam. Formalności również zostały sfinalizowane dosyć szybko, co sprawiło, że powrót do domu pisał mi się na wieczór wcześniej, niż zakładałam. Zegar w windzie wyświetlał pierwszą trzydzieści, a ja marzyłam o gorącym prysznicu i łóżku. Wyszłam na korytarz i szybkim krokiem skierowałam się do drzwi mieszkania, trzymając w dłoni klucz, który okazał się niepotrzebny. Zdziwiona weszłam do środka i zamknęłam za sobą, widząc w salonie zapalone światło. Może i wiedziałam, że zupełnie nikt na mnie nie czekał, ale zrobiło mi się dziwnie miło. Zdjęłam buty i płaszcz, po czym ruszyłam do pokoju gościnnego z dziwnym półuśmiechem; ten jednak po chwili zmienił się w najprawdziwszy grymas bólu.
Po salonie paradowała Karin. Ta sama Karin, którą bardzo dobrze pamiętałam ze średniej szkoły. Ta sama, która najbardziej na świecie próbowała sprawić, by Sasuke Uchiha był jej. Ubrana w samą bieliznę, zagryzała pieprzoną marchewkę, szukając czegoś w sportowej, męskiej torbie. Miałam wrażenie, że moje serce pęka, że w ciało wbijając się setki małych igieł, a wątroba wywróciła się do góry nogami. Zakręciło mi się w głowie; czemu ona się tam znajdowała? Dlaczego czuła się jak u siebie?
— O hej! — mruknęła nagle, podnosząc wzrok. Byłam pewna, że mnie nie rozpoznała. — Ty jesteś współlokatorką Sasuke?
Rozejrzałam się po pokoju, w którym panował okropny bałagan; butelki po piwach rozdrażniły mnie chyba najbardziej, bo zapachu papierosów nie wyczułam. Nie zastanawiałam się nad tym, tyko przeniosłam rozgniewany wzrok z powrotem na dziewczynę.
— Zejdź mi z oczu — warknęłam, zaciskając palce na ramiączku torebki. Nie oburzyła się, jak to miała kiedyś w zwyczaju, tylko machnęła na mnie ręką i poszła w kierunku sypialni Uchihy, co było już zupełnie rozbijające. Miałam ochotę wytarmosić ją stamtąd za kudły, jednak wzięłam wdech i zawróciłam do łazienki, błyskawicznie się w niej zamykając. — Głupia pinda!
Targała mną swoista złość i nawet przyjemny prysznic nie potrafił jej ze mnie wyrwać. Okay, rozumiałam, przecież byliśmy dla siebie z Sasuke w tamtej chwili zupełnie nikim. Nie byłam zainteresowana tym, z kim chodził do łóżka, z kim się spotykał. Tak samo jak jego nie powinny obchodzić moje sprawy, ale mimo to... Nie podobała mi się ta samowolka.
Chyba nie potrafiłam przyznać przed samą sobą, że odczuwałam swego rodzaju zazdrość. Minęło naprawdę wiele lat, Uchiha był tylko moim gorzkim wspomnieniem, do którego wracałam w gorsze dni. Pokazał mi różne smaki życia, przewartościował myślenie; po prostu mnie zmienił, a potem nagle rozpłynął się w powietrzu, zostawiając zupełnie samą.
Wcisnęłam się w koszulkę nocną, posmarowałam buzię kremem i obserwowałam w lustrze swoje czerwone, zaszklone oczy. Odsapnęłam, zabrałam rzeczy i ruszyłam do sypialni, gasząc po drodze światła w salonie. Rzuciłam wszystko na podłogę i wczołgałam się na łóżko, dopiero po chwili dokonując zadziwiającego odkrycia; ktoś, do jasnej cholery, spał w mojej pościeli! Pisnęłam głośno i odskoczyłam do tyłu, zatrzymując się na krawędzi materaca i budząc tym samym intruza. Ten podniósł się ospale i przetarł oczy, po chwili zwracając głowę w moim kierunku.
— Sakura? — mruknął. Głos pomógł mi w stuprocentowej identyfikacji. — Co ty tu robisz?
Czułam, jak łzy stają mi w oczach. Zachciało mi się rzygać, naprawdę. Zacisnęłam palce na kołdrze i po chwili zeskoczyłam z łóżka, dopadając torebki. Wysypałam jej zawartość na podłogę, by dorwać w dłonie komórkę.
— Co ja tu robię — jęknęłam z dziwnym obłąkaniem, prostując nogi. Gdy odwróciłam się w jego stronę, stał już i patrzył na mnie oniemiały. — Nienawidzę cię! — ryknęłam, a głos mi się załamał. Nie panowałam już nad oczami czy drżącymi rękoma. — Pieprzyliście się w moim łóżku?! To już jest szczyt, Uchiha! Szczyt wszystkich szczytów, głupi gnoju! Zasrani fetyszyści!
Zaczęłam energicznie uderzać w ekran telefonu, ciągnąc głośno nosem.
— Daj mi wyjaśnić — podniósł niebezpiecznie głos, idąc w moją stronę. — Co ty robisz?
— Dzwonię do Kiby, żeby mnie stąd zabrał. Nie mogę na ciebie patrzeć — warknęłam, przykładając smartfona do ucha. Jednak brunet błyskawicznie znalazł się przy mnie i wyrwał sprzęt, rozłączając się. Odsunął drzwi szafy i wrzucił urządzenie w jej głąb, sprawiając, że się przestraszyłam. — Zgłupiałeś?! Co ty wyprawiasz?!
— Mam gości — zaczął spokojnie, stając znowu przede mną. — Karin i jej chłopaka, którzy śpią właśnie w moim pokoju. Chciałem zdrzemnąć się na kanapie, ale ten idiota wylał na nią sok i pozwoliłem sobie położyć się u ciebie. Nawet gdybyś wróciła dopiero jutro, powiedziałbym ci o tym i zmienił pieprzoną pościel. — Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Nie miałam pojęcia dlaczego, ale gdy podkreślił, że Uzumaki była tam ze swoim fagasem, zrobiło mi się lepiej. — Przepraszam — rzucił, spoglądając gdzieś w bok. — Gdzie masz poszwy, szybko ci je założę i pójdę na kanapę.
— Przestań — mruknęłam, czując lekkie poczucie winy. Ale leciutkie! Przez chwilę nie wiedziałam co ze sobą zrobić, jednak ruszyłam do łóżka, od razu się do niego kładąc. — Nie uważam cię za jakiegoś brudasa.
Mruknął pod nosem dobranoc i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Było mi cholernie dziwnie, a w głowie świeciło pustkami. Po pięciu minutach tego dziwnego stanu wstałam i wyszłam do salonu, prawie potykając się o chłopaka.
— Sasuke? — fuknęłam, widząc go na podłodze, zawiniętego w koc niczym burito. — Co ty wyprawiasz?
— Kanapa wciąż jest mokra — odparł, nawet nie otwierając oczu.
— Matko... — Przewróciłam oczyma nie nie mogłam uwierzyć w to, co po chwili powiedziałam. — Chodź i połóż się ze mną, ale nie masz prawa mnie dotknąć.
— Chętnie, ale sobie odpuszczę. — O ty gnojku! Czy on na każdym kroku musiał mi dokładać? Wróciłam do sypialni, mając zamiar robić mu na złość, zupełnie tak jak on mi; chwyciłam kołdrę i wróciłam do pokoju gościnnego, po chwili kładąc się na dywanie i nakrywając pierzyną. — Dobranoc.
— Haruno, nie rżnij głupa i idź do tego łóżka — prychnął. Uchyliłam powiekę i uśmiechnęłam się widząc, że sama doprowadziłam do podobnego wyrazu twarzy u niego. Nie zareagowałam jednak i leżałam tam dalej. Kiedyś spędzaliśmy tak wiele nocy… Spanie na ziemi nie było niczym złym, zwłaszcza gdy mogliśmy podziwiać piękno nocnego nieboskłonu, schowani gdzieś przed pędzącym światem. — Sakura!
Lekceważąc jego słowa zaczęłam skupiać się na tym, by usnąć, jednak po pięciu minutach moje ciało zostało brutalnie oderwane od ziemi i po chwili rzucone na materac.
— Znaj swoje miejsce — fuknął. Wiedziałam gdzie ono jest: z dala od niego. Ale co miałam zrobić, skoro skorzystał z mojej propozycji i uwalił się obok? — Oddaj kołdrę.
— Chyba żartujesz! — syknęłam, gdy pociągnął za jej krawędź. Niedopuszczalnym było to, że w ogóle pozwoliłam mu wleźć do swojego łóżka. — Dymaj po koc!
— Małpa.
— Znaj swoje miejsce, Uchiha — mruknęłam, powtarzając jego słowa. Chwyciłam spryskiwacz stojący na etażerce i uniosłam znacząco brwi, gdy chciał coś odpysknąć.


~***~


Była połowa lutego, a zima nawet na moment nie próbowała okazać nam łaski, wciąż zasypując miasto tonami śniegu i obdarzając niebywałym mrozem. Wieczory w towarzystwie takiej pogody i naprawdę wysokiego stanu upojenia alkoholowego, były niefajną sprawą. Wpadłam na klatkę schodową, śmiejąc się do siebie, gdy przypomniałam sobie jeden z żartów pijanej Temari; zachwiałam się na wycieraczce i złapałam poręczy, by nie rozbić sobie głowy. Nie chciałam wsiadać do winy, bo wiedziałam, że zakręci mi się przez nią w głowie, więc postawiłam na schody. Niestety nie byłam w stanie pokonać nawet pięciu stopni — skończyło się na tym, że klapnęłam na nich i wsadziłam głowę pomiędzy ramiona, wsparte na udach.
Nadal co jakiś czas chichotałam, lub mruczałam coś do siebie, zupełnie nie czując, że powoli wszystko sobie odmrażam. Za nic nie mogłam wpoić sobie świadomości, że mój organizm jest niebezpiecznie wychłodzony. Drzwi klatki otworzyły się nagle, wpuszczając do budynku jeszcze gorsze, przenikliwe do szpiku kości, zimno. Nie podnosiłam głowy, mając nadzieję, że wchodząca osoba mnie nie rozpozna, bo nie ukrywałam, że wolałam uchodzić za przykładną sąsiadkę, a nie alkoholiczkę, która bełkotała do siebie i nie była w stanie dojść do mieszkania.
Kroki intruza były ciężkie i spore, dosyć ospałe. Zakładałam, iż był to mężczyzna i byłam pewna, że patrzył na mnie rozżalony. Miałam skromną nadzieję, że nie będzie chciał mi pomóc i odejdzie, jednak z drugiej mańki — brak zainteresowania z jego strony był okropny. Czy ludzie już w ogóle nie potrafili komuś współczuć? Co jeśli byłam otumanioną laską, która potrzebowała pomocy? Albo cierpiałam na jakąś nieuleczalną, niebezpieczną chorobę? Gość cmoknął i wcisnął guzik windy, a jej drzwi natychmiast się otworzyły w towarzystwie charakterystycznego dzwonka. Byłam pewna, że kręci z niedowierzaniem głową i pragnie odejść.
— No i idź w cholerę! — czknęłam, wymachując na oślep zaciśniętą pięścią. Nie mogłam podnieść głowy, to było niebezpieczne dla mojego żołądka.
Jakże wielkie stało się moje zaskoczenie, gdy nagle zostałam chwycona w silne ramiona i oderwana od lodowatego, kamiennego podłoża. Nie otworzyłam oczu, zupełnie niewzruszona owym faktem. Byłam spokojna — zapach tych perfum poznałabym wszędzie. Od lat używał takich samych, aż dziwiłam się, że mu się nie znudziły.
— Jesteś tak cholernie pijana, czy niewyobrażalnie głupia? — mruknął, poprawiając uścisk. — Jeszcze chwila i mogłaś się nieźle załatwić.
— Masz zachomikowane jakieś piwko, Uchiha? — wybełkotałam, śmiejąc się głupio. — Jeszcze bym się napiła. — Och, na pewno! Zwłaszcza, że wcześniej wypity alkohol nabierał coraz większej ochoty na wydostanie się ze mnie.
— Nie dam ci nawet szklanki wody — parsknął, wychodząc na korytarz.
Postawił mnie na ziemi, by otworzyć drzwi, jednak nieprzerwanie asekurował moje ciało ramieniem, bo z moją równowagą nie było najlepiej. Gdy tylko otworzył drzwi, bez namysłu wpadłam do środka i zrzuciłam z siebie płaszcz, następnie próbując desperacko dostać się do łazienki, ale nie potrafiłam nawet zapalić światła. Byłam na granicy wytrzymałości.
— Sasuke! — pisnęłam, zakrywając usta dłonią.
Błyskawicznie pojawił się za mną, znalazł włącznik i szybko wprowadził do łazienki, nie pozwalając mi upaść na kolana. Przycupnęłam, złapałam za muszlę i gwałtownie pochyliłam się do przodu, czując jak przełyk coraz bardziej piecze. Tak bardzo nie chciałam przeżywać tego nieprzyjemnego stanu.
— Nie powstrzymuj się, głupia — syknął, ujmując delikatnie kaskadę różowych włosów w dłoń. Przykucnął obok, kładąc drugą rękę na moich plecach. Czułam jej ciepło przez cienki materiał eleganckiej bluzki. Przechodziły mnie okropne dreszcze i fale bólu, gdy moje ciało powoli chciało wchłaniać ciepło. — Sakura, do cholery, rzygaj!
Jeśli tego sobie życzysz. Zaczęłam więc swój koncert, cała drżąc i co jakiś czas jęcząc z bólu, a łzy lały się strumieniami. Obojętne stało się to, czy było mu mnie żal, czy też miał z tego ubaw; chciałam to wszystko z siebie wyrzucić, przeklinając urodziny Yamanaki.
Po półgodzinnej walce opadłam w końcu z sił i pokręciłam głową, dając mu znać, że to wszystko.
— Trzymaj. — Podał mi zmoczony ręcznik i kubek z wodą, bym wypłukała sobie usta. Gdy doprowadziłam się do względnego porządku, zaprowadził mnie do salonu i posadził na kanapie. Sięgnęłam po koc i owinęłam się nim niedbale, podnosząc na niego wzrok. Był dziwny; jakiś taki zmarnowany. — Potrzebujesz czegoś?
— Chcę herbaty — zażądałam. Byłam pewna, że mnie wyśmieje, jednak chyba nawet na to nie miał ochoty. Wyszedł z pomieszczenia, a ja w ciszy czekałam, aż wróci z naczyniem, które postawił przede mną. — Dziękuję... i przepraszam. Idź proszę spać, powinnam dać sobie radę.
— Nie chce mi się spać — stwierdził, siadając na drugim końcu sofy. — Z resztą, im szybciej zostanę sam, tym szybciej zacznę zaprzątać sobie głowę nieprzyjemnymi sprawami.
— Jak masz jakiś problem, możesz ze mną pogadać — wymamrotałam, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego, jak żałosna musiałam być w jego oczach. Obserwował mnie krótką chwilę po czym wyszedł na balkon, by zapalić papierosa.
Chwyciłam kubek, by wziąć kilka małych łyczków gorącego napoju  i karciłam się w myślach, za własną głupotę. Nie miałam innego wyjścia, zostało mi tylko zaszyć się w swoim pokoju i cierpieć sobie po cichu. Wstałam ospale na nogi, dziwnie wymachując wolną dłonią, jakby miało mi to pomóc w utrzymaniu równowagi. Gdy zrobiłam pierwszy krok — o ile można było to nim nazwać — szklane drzwi otworzyły się z powrotem.
— Gdzie idziesz? — zapytał sucho, odcinając nas od źródła zimna.
— Do siebie — odburknęłam, czując się jak śmigło helikoptera.
Złapał mnie za przedramię i z powrotem posadził na sofie. Zanim sam na niej spoczął, wyłączył górne światło, pozostawiając nas w towarzystwie ciepłej poświaty kominka
— Znamy się nie od dziś — mruknął, układając się wygodnie — nigdy nie potrafiłaś zasnąć, będąc pijaną.
Pamiętał. I to nie była jedyna rzecz, którą wypomniał mi, od kiedy razem zamieszkaliśmy. Byłam pewna, że zapomniał o łączącej nas przeszłości... No, może nie tyle co zapomniał, a zupełnie się z nią nie liczył. On jednak nawet wiedział ile łyżeczek cukru sypałam do herbaty, a ile do kawy. Obserwował moje ruchy, czasami nawet mnie sprawdzał, kwitując zmiany w moich nawykach, lub ich brak.
Powtórnie owinęłam się kocem, próbując zawiesić wzrok na czymkolwiek, co nie było jego twarzą. Zaczesał włosy do tyłu, a dziwny półmrok wzmacniał jego rysy, które podstępnie prowokowały mnie do dosyć sprośnych myśli.
— Już mi lepiej. — Westchnęłam i zamknęłam powieki. — Przyznaj po prostu, że czujesz się samotnie i potrzebujesz mojego towarzystwa — dodałam kąśliwie, spoglądając na niego jednym okiem.
Prychnął, uśmiechając się i kręcąc głową; miałam ochotę się na niego rzucić, jednak mogło się to źle skończyć. Na przykład tym, że uświadomiłabym sobie, iż na nowo się w nim zakochiwałam, a to było wręcz niedopuszczalne. Bezmyślne, chore, jednak jak najbardziej prawdziwie, przez co pękało mi serce. Zaczęłam rozglądać się za innym lokum, by jak najszybciej przerwać ten obrzydliwie krzywdzący proces. Mieszkanie z nim pod jednym dachem równało się z samozagładą, bo z każdą chwilą coraz bardziej wypełniał moją głowę; coraz częściej przyłapywałam się na tym, że wpatrywałam się w niego jak w obrazek, odtwarzając wiele scen z przeszłości.
— Pamiętasz, jak upiłaś się na osiemnastce Naruto? — zapytał nagle, wyrywając mnie z zadumy. Zerknęłam na niego trochę otępiałym wzrokiem, przez chwilę zastanawiając się do czego dążył. Spoglądał na mnie niedługi moment, po czym przeniósł wzrok przed siebie, uśmiechając się w dziwny, sentymentalny sposób, co zupełnie nie współgrało z jego osobowością. — Niosłem cię wtedy do łazienki, a ty bezceremonialnie obrzygałaś moją koszulę, potem próbując mi wcisnąć swoją własną.
Tamten wieczór uderzył we mnie z tak potężną siłą rażenia, że aż się wzdrygnęłam. Ta sytuacja była zwieńczeniem mojego wieczoru, zaliczającego się do tych najlepszych w moim życiu. Co z tego, że zwymiotowałam na faceta, w którym kochałam się od lat, skoro owy nosił mnie na rękach? To była piękna chwila, wakacje z drugiej na trzecią klasę liceum.
— Pamiętam — mruknęłam, czerwieniejąc. Przytknęłam nos do koca, nie chcąc ujawniać swojej przygłupiej miny.
— Od tamtej pory zawsze obserwowałem ile w siebie wlewasz, by oszacować twoje limity — kontynuował, wprawiając mnie w osłupienie. Sądziłam, że żartuje. — Pilnowałem cię i po cichu likwidowałem każde źródło alkoholu, jakie znajdowało się w promieniu pięciu metrów od ciebie. — Faktycznie! Przecież od tamtej nieszczęsnej imprezy, nigdy więcej się tak nie załatwiłam, kiedy był z nami Uchiha. Nie zdawałam sobie jednak sprawy z tego, że to była jego zasługa. — Zawsze byłaś taka roztrzepana.
Czemu on mi to wszystko mówił? Choć uśmiechałam się pod nosem, serce rozrywał mi niewyobrażalny ból. Miałam wrażenie, że ktoś rozdrapuje moje stare rany i wsypuje w nie wiadra soli.
— Nie prawda — szepnęłam — po prostu byłam gówniarą, która chciała się bawić.
— Gówniarą, za którą ciągle musiałem chodzić, bo pakowała się w kłopoty i przyciągała do siebie nieodpowiednich typów — sprostował szorstko, łypiąc na mnie.
O tak. Pamiętam, jak skończył się nasz studniówkowy wieczór; widziałam tylko, jak pięść Sasuke topi się w policzku jakiegoś chłopaczka, który podbiegł do mnie i bez żadnego wahania klepnął w tyłek. Tłumy przed budynkiem, krew na koszuli i ostateczne wyrzucenie Uchihy. Wiedziałam, że go nie zostawię i mimo protestów przyjaciół, złapałam swoją marynarkę i wybiegłam za nim. Sala tak czy siak pustoszała, była prawie piąta rano. Ledwo szłam, zmęczona obcasami i tańcem; płatki śniegu smagały mnie po twarzy, a wiatr powoli pozbawiał należytej temperatury. Znalazłam go po dobrych piętnastu minutach, siedzącego na szczycie zjeżdżalni, znajdującego się nieopodal placu zabaw. Palił swojego ostatniego papierosa.
Sasuke? — Stanęłam u podnóża konstrukcji, spoglądając na niego nieco przygnębiona. — Zejdziesz do mnie?
Po co? — fuknął. Roztaczał dookoła siebie gniewną aurę. Mimo to, nigdy się go nie bałam, nawet wtedy, gdy wciąż drżał ze złości.
Chodźmy do domu, jest cholernie zimno.
Zwrócił wtedy głowę w moim kierunku. Nagle, bez ostrzeżenia, zerwał się z miejsca i zeskoczył stamtąd, opadając miękko na śnieg. Stanął przede mną i popatrzył beznamiętnie, zaciągając się dymem. Jego twarz wciąż była brudna od krwi, tak samo jak kołnierz białej koszuli. Skrzywiłam się odruchowo i zaczęłam grzebać w kopertówce za paczką nawilżonych chusteczek, które mama wcisnęła mi przed wyjściem.
Krew cię obrzydza? — zapytał, opierając się plecami o zjeżdżalnię. Wcisnął dłonie do kieszeni garniturowych spodni, pozwalając mi oczyścić nieco jego skórę.
Nie… — odparłam spokojnie, wpatrując się w jego usta. Oczy mnie peszyły, za każdym razem jak spotykały się z moimi. Gdy skończyłam, mimowolnie zacisnęłam chusteczkę w dłoni i przejechałam zewnętrzną stroną dłoni po spuchniętym policzku. — Nie boli cię to?
Głupia, ty jeszcze nic nie wiesz o bólu — szepnął, odsuwając od siebie moją dłoń.
Nawet nie wiedziałam kiedy moje ciało zostało usidlone przez jego silne ramiona, a wąskie, gorące usta, które w dziwny, podniecający sposób smakowały nikotyną — objęły moje. Na samo wspomnienie tamtego pocałunku, gorąco uderzyło w moje ciało. Ten gest był gwałtowny, zupełnie nieprzemyślany, wręcz brutalny. Nie pozwolił nam przez długi czas złapać oddechu, próbując przekazać jakąś informację, której nie potrafił przedstawić słowami. Dał mi wtedy do zrozumienia, ile dla niego znaczyłam i jak bardzo mnie potrzebował, czego do tamtego momentu nie potrafiłam dostrzec.
Miał rację, naprawdę nie miałam pojęcia o bólu, jak i o życiu; on mnie go nauczył. On uczył mnie przetrwania, wytrwałości. On sprawił, że po prostu było mi łatwiej.
On nauczył mnie palić, by potem kategorycznie mi tego zabronić. On nauczył uciekać z domu, by potem siedzieć pod moim oknem i pilnować, czy nie próbuję nawiać. On przychodził do mnie, gdy się bałam, by potem zostawać u mnie na noc. On przytulał mnie niby od niechcenia, by potem przyznać, że po prostu sam tego potrzebuje. On denerwował się na mnie i krzyczał bez powodu, by potem płakać po cichu, wtulonym w mój brzuch i przepraszać. On obnażył moje ciało, pamiętnej, burzowej, listopadowej nocy, pokazując mi czym tak naprawdę była najprawdziwsza bliskość; pieszcząc mnie dotykiem, a umysł słowami, których do końca życia nie zapomnę — tylko po to, bym następnego dnia, rano, zastała obok siebie puste miejsce i zrozumiała, że zniknął z mojego życia, na dobre.
— Jak żyłaś przez te wszystkie lata? — zapytał, zupełnie zbywając fakt, że moje oczy zaszkliły się od łez.
— Nagle cię to obchodzi? — Popatrzył na mnie, wciąż niewzruszony. — Świat mi się przez ciebie zawalił, dupku. Myślałam, że nigdy się nie pozbieram.
— Jednak się udało, siedzisz tu cała i zdrowa — stwierdził luźno — szybko sobie kogoś znalazłaś?
— Minęły może trzy lata, kiedy zaczęłam przyjmować do siebie jakiekolwiek wyznania miłosne.
— I trafiłaś na głupiego sukinsyna, który cię tłukł? — Poderwałam wzrok, nieco zszokowana. — Widziałem to, Sakura. Tamtego nieszczęsnego, pierwszego wieczora. Mój gwałtowny ruch sprawił, że zamieniłaś się w przerażoną ofiarę. Dlaczego byłaś z kimś takim? Dlaczego od niego od razu nie uciekłaś, tylko pozwoliłaś, by doprowadził cię do takiego stanu? — Na jego buzię wpełzł nikły uśmiech. — Może stałaś się masochistką?
— Cóż, nie każdy potrafi tak bezszelestnie od kogoś uciec, jak ty, Uchiha — skwitowałam, uśmiechając się cierpko. — Za każdym razem, gdy znikałeś na te kilka dni bez słowa, bałam się, że już nie wrócisz. Ale jednak było inaczej, pojawiałeś się z powrotem i cieszyło mnie to, mimo tego, że byłeś raz po raz inny, bardziej zamknięty. Gdy obudziłam się wtedy rano, nie widząc cię obok siebie, od razu zrozumiałam, że to była ostatnia noc, kiedy mogłam cię oglądać. Wiedziałam, że będzie inaczej niż zawsze.
— Sakura…
— Więcej ci się to nie uda. — Spojrzałam w jego pociemniałe oczy, miałam wrażenie, że są rozgniewane. Przez nerwy, które mi wtedy towarzyszyły, czułam się już zupełnie trzeźwa. — Niedługo się wyprowadzam. Nie chcę dopuścić do siebie zbyt wielu zbędnych uczuć i znowu doprowadzić się do takiego stanu.
— Jeżeli ci powiem, że zniknąłem tylko i wyłącznie po to, by cię chronić... Uwierzysz mi?
Nie.
— Co? — prychnęłam, porażona absurdalnością jego słów. — Sasuke, błagam cię. Jesteśmy dorośli, po co się ośmieszasz? Znudziłam ci się i tyle.
— Pamiętasz, ile opowiadałem ci o Itachim — kontynuował, zbywając moje słowa. — Pamiętasz, jak bardzo mój brat mnie zniszczył, swoimi szemranymi interesami. Po śmierci rodziców nie miałem domu; wkręcałem się gdzie mogłem, by zarobić na siebie jakieś pieniądze, pomieszkiwałem u wielu osób. Nie miałem życia, jakie mieć powinienem. Potem zwaliłem się na głowę tobie. — Wpatrywałam się w jego dłonie; operował finezyjnie palcami, przewracając w nich najtańszą zapalniczkę z kiosku. Miał obdrapane kostki, zupełnie jak kiedyś. — Wiedziałaś, że Itachi wciąż mnie szukał. Wiedziałaś, że często uciekałem. Ale nie wiedziałaś, że w końcu mnie dorwał, zupełnie przypadkiem widząc, jak wychodzę z twojego domu. — Moje serce zabiło mocniej, zaczęłam czuć dziwne poddenerwowanie. — Wtedy to ty stałaś się celem; bezmyślnym warunkiem mojego brata.
Absurd, gówno, bezsens! Nie było szans na to, bym uwierzyła w jego słowa. To brzmiało jak scenariusz taniego filmu, stawiającego na wzruszenie i początek wielkiej miłości, której za nic w świecie nie chciałam do siebie dopuścić. Głupi Uchiha próbował zamydlić mi oczy, a ja nie potrafiłam nawet rozmyślać nad tym, jaki był jego cel.
— Fajna historyjka, Sasuke — mruknęłam, zrzucając z siebie poły koca. Stanęłam pewnie na nogach. — Zostawiłam tę przeszłość daleko za sobą, więc skończ tę żałosną farsę.
Przeszłam nad jego nogami, hardo stawiając stopy na panelach. Odprowadzona jego chłodnym wzrokiem, który tym razem szczególnie wydawał się być pozbawiony emocji — o ironio, a przecież mówił mi takie smutne rzeczy, mógł chociaż udawać przejęcie — udałam się do łazienki. Rozdrażniona zrzuciłam z siebie ubrania, by wejść pod prysznic. Wciąż kręciło mi się w głowie, ale złość brała górę! Oblałam ciało letnią wodą, by jak najszybciej pozbyć się tego uporczywego stanu, a kilka minut później stałam już w koszulce przed lustrem i szorowałam zęby, wpatrując się w żałosny wizerunek samej siebie, bladej jak ściana, zalanej łzami i ogłuszonej wspomnieniami, które były nie do wyeliminowania. Minęło tyle lat, a ja wciąż nie potrafiłam zamknąć tego rozdziału na klucz; wciąż zaglądałam do tej głupiej szuflady.


Otworzyłam oczy, automatycznie kierując je w stronę elektronicznego zegarka. Dochodziła trzecia w nocy; moją głowę rozsadzał nieprzyjemny ból, jednak rozbudzona roznoszącym się po mieszkaniu łomotem, niemalże natychmiast stanęłam na nogi. Wyszłam do salonu gdzie dostrzegłam, że drzwi pokoju Sasuke są zamknięte. Dopiero po chwili zrozumiałam, iż ktoś uparcie się do nas dobijał. Podeszłam ostrożnie do wejścia i wyjrzałam przez judasza. Na korytarzu panował półmrok, a ja dostrzegałam tylko materiał czarnej bluzy, której kaptur spoczywał na głowie intruza. Ten zwrócony był do mnie profilem, jednak i tak widziałam jedynie jego nos, podświetlany przez komórkę i czarne włosy.
— Sasuke? — mruknęłam do siebie, pociągając nosem. Złapałam za klamkę i zaczęłam otwierać drzwi. Gdy do mieszkania wpadł chłód, zacisnęłam mocniej zęby. — Zgubiłeś klucz?
Dlaczego byłam na tyle głupia? Każda normalna osoba przed otwarciem drzwi, upewniłaby się kogo wpuszcza do środka! Nie mogłam zwalić winy na zaspanie czy alkohol, do jasnej cholery — zdrowego rozsądku powinnam trzymać się zawsze.
Męska dłoń prędko owinęła się dookoła mojej szyi, przyszpilając mnie do ściany korytarza; napastnik błyskawicznie zasłonił mi wolną ręką usta, a jego wspólnik zamknął za nimi. Zaczęłam się wierzgać i próbować złapać w zęby jego skórę, ale wyglądało na to, że był nieźle wprawiony w takie akcje.
— Zamknij się, landryno — warknął ostro, ściągając z głowy kaptur. Był szalenie podobny do Sasuke, miał tylko dłuższe włosy i wydawał się nieco starszy; na policzkach widniały jakieś dziwne blizny. Od razu skojarzyłam go z Itachim, którego nigdy nie widziałam na oczy. Po chwili potwierdził moje domysły. — Jest mój braciszek?
Nawet nie drgnęłam. Szarpnął mną mocniej i powtórzył pytanie. Nie miałam pojęcia dlaczego, ale coś mnie blokowało — chyba chciałam go chronić, mimo, że to ja byłam w kijowej sytuacji. Skończyło się na tym, że zaciągnął mnie siłą do salonu, każąc swojemu giermkowi zabrać z kuchni krzesło, na którym zostałam posadzona. Nie byłam dla nich żadnym zagrożeniem, skoro nawet mnie nie związali.
Usłyszałam szczęk klamki; choć na początku się wzdrygnęłam, to opanowała mnie euforia. Był w mieszkaniu, czyli istniała szansa, że nie zginę tak marnie! Albo chociaż sobie na niego popatrzę, zanim poderżną mi gardło; zawsze to jakaś przyjemniejsza opcja.
— Sasuke! — wyrwało mi się, gdy wszedł do salonu. Jakaż wielka była moja konsternacja, kiedy chłopak w ogóle nie zwrócił na nas uwagi, tylko zaczął iść w stronę korytarza. Człapał ospale, ziewając przy tym, a ja miałam wrażenie, że przepływ mojej krwi ustał. Nasi goście byli nie mniej zdziwieni. — Sasuke?!
— Szefie, on lunatykuje? — mruknął przygłupi sługus, drapiąc się po karku.
Itachi jednak odprowadził brata wzrokiem, krzyżując po chwili ramiona na piersiach. Cmoknął głośno i pokręcił głową, jakby miał ochotę wydać jakąś reprymendę młodszemu rodzeństwu.
— Ty głupia kupo gówna! — ryknęłam, sprawiając, że intruzi oderwali się od ziemi i popatrzyli na mnie jak na wariatkę. — Gońcie go! Pewnie gra idiotę i właśnie wam ucieka! — pisnęłam rozwścieczona, zaciskając pięści. Miałam ochotę sama zabić go tłuczkiem do mięsa. — Cholerny drań!
Starszy Uchiha skinął głową na kumpla, a ten dał do przodu kilka kroków, jednak w progu salonu pojawił się z powrotem Sasuke. Nie wierzyłam w to co się tam działo, zwłaszcza, że mój współlokator trzymał w dłoni opakowanie śledzi i bezceremonialnie je żarł, patrząc na nas niewzruszony. Oparł się o framugę, przeżuwając kęsy śmierdzącego jedzenia i skupił wzrok na swoim bracie, celując w niego widelcem.
— Byłem pewny, że nie żyjesz — oznajmił spokojnie. Włosy na karku stanęły mi dęba; przeniosłam zdziwione spojrzenie na starszego z rodziny. — Ale skoro tak się sprawy mają, to jednak będę musiał wysłać cię do tej nieszczęsnej paki. To trochę przykre, zawsze byłeś roztrzęsiony i poddenerwowany. Jeżeli mydło będzie ci zbyt często wypadać z tych rozedrganych rąk, to skończy się to wiecznym rozwolnieniem.
— Nadal jesteś taki pyskaty? — warknął Itachi. Po chwili chwycił moje włosy i brutalnie pociągnął całe ciało do góry, sprawiając, że z gardła wydobył się pisk przerażenia. — Lepiej daj mi cały swój hajs, braciszku. Wiem, że go sobie sporo zachomikowałeś.
Usłyszałam coś dziwnego, jakby strzał sprężyny. Moment później widziałam balansującą przed moją twarzą — rzeczywiście cholernie drżącą — dłoń mężczyzny; dzierżącą nóż z dosyć ciekawą, grawerowaną rękojeścią.
— Jezus Maria, wyrzuć to! — fuknęłam, zakrywając buzię dłońmi. — Przecież to niebezpieczne!
Wszyscy popatrzyli na mnie jak na idiotkę.
— Zamknij się, kretynko — prychnął i zwrócił się z powrotem do chłopaka. — No, młody. Pieniążki, albo skrócę twoją głupiutką współlokatorkę o głowę.
— To skróć — usłyszałam i dojrzałam przez palce, jak Sasuke wzrusza ramionami. Nie potrafiłam uwierzyć w to co powiedział; czym sobie zasłużyłam na taką lekceważącą postawę? — Nie jest nikim istotnym, to tylko głupiutka współlokatorka.
— Świnia! — ryknęłam, łamiącym się głosem. — Poderżnij mi to gardło — zażądałam, zwracając się do zaskoczonego, starszego bruneta. — Może trauma obudzi w nim jakieś ludzkie uczucia! — warknęłam.
— Jakaś chora jesteś. — Mężczyzna wzruszył ramionami i chętnie przystawił ostrze do mojej szyi.
Byłam pewna, że mnie nie posłucha! Nim jednak zdążył wykonać jakikolwiek ruch, widelec, utytłany w pomarańczowym sosie, boleśnie odbił się od skroni mojego oprawcy.
— Poczekaj — mruknął na wydechu Sasuke, stojąc w dziwnej pozycji, jakby gotowy do biegu; chyba również myślał, że jego brat tego nie zrobi.
— Zdecyduj się! — sapnęliśmy jednocześnie ze starszym Uchihą.
Chłopak odłożył opakowanie śledzi na stolik do kawy i z uniesionymi w pokojowym geście rękoma, zaczął się do nas zbliżać. Podszedł wolno w naszą stronę, na co intruzi poruszyli się niespokojnie.
— Oddech, chłopaki — mruknął. — Muszę podejść do tej szuflady. — Wskazał na komodę i kontynuował drogę. — Tam mam schowane…
— Co? — Itachi wyprostował się, a po chwili oberwał niepowtarzalnie szybkim i silnym high kickiem. Runął na balkonowe drzwi, a jego tępy pomagier nie wiedział, czy powinien mu pomóc wstać, czy zaatakować młodszego brata. — Ty szczylu!
Wybawca chwycił mnie w pasie i pociągnął gwałtownie do swojego pokoju, zatrzaskując za nami drzwi. Przez chwilę stał w miejscu, dysząc głośno i rozglądając się dookoła. Puścił mnie jednak i podbiegł do łóżka, pod którym zaczął grzebać, a ja nagle odtajałam ze zdenerwowania i poczułam wzbierającą wewnątrz nienawiść.
— To tylko głupia współlokatorka — fuknęłam, zaciskając pięści. Nagle tych dwoje rzezimieszków przestało być ważnych. — Naprawdę, mógłbyś spokojnie patrzeć, jak się wykrwawiam?! Znieczulica, nie człowiek! Jak zawsze!
— Daj spokój! — warknął, wysuwając spod mebla metalową skrzynkę. — Musiałem grać na zwłokę, co nie?
— Po co on tu przylazł?! — pisnęłam, gdy drzwi niebezpiecznie się zatrzęsły.
— Lepiej stamtąd wyjdźcie! — ryknął starszy Uchiha, kopiąc w drewniane skrzydło.
— Słyszałaś, chce moich pieniędzy.
— To mu je daj i niech stąd spada! — Otworzyłam nagle szerzej oczy, a słowa Ino, dotyczące pistoletów, obiły mi się po wnętrzu głowy. — Chryste! Co to jest?! Skąd to masz?! — Złapałam się za głowę, widząc jak chłopak mocował do broni tłumik. — Ja pierniczę, co to za koszmar?!
— Nie oddam mu pieniędzy — warknął, odbezpieczając pistolet; tynk przy zawiasach wejścia zaczął się kruszyć. — Po prostu się go pozbędę! — dodał, jakby oznajmiał mi coś niesamowicie wesołego, po czym wyjrzał za okno i rozejrzał się za czymś. — Z drogi.
— Nie! — pisnęłam, chwytając go mocno za koszulkę. — Przestań! Gdzie masz telefon, zadzwońmy po policję, niedaleko jest komisariat!
— Proszę cię, głupia — jęknął pretensjonalnie, zwieszając ramiona wzdłuż ciała. — Mieszkamy ze sobą tyle czasu, naprawdę nie zdążyłaś zauważyć czym się zajmuję?
— Nie obchodzi mnie to! — ryknęłam, ciągnąc go w dół za kołnierz. — Nie chce byś miał czyjeś życie na sumieniu, rozumiesz?
— Moje sumienie jest martwe, od kiedy zostawiłem cię wtedy w łóżku — warknął, niebezpiecznie błądząc wzrokiem po mojej twarzy. — Schowaj się gdzieś i nie wyłaź, póki po ciebie nie przyjdę.
— Sasuke!
Wpił się w moje usta, gwałtownie zderzając ze sobą nasze biodra; zupełnie jak wtedy, na tym głupim placu zabaw. Miałam wrażenie, że towarzyszą temu te same, szczeniackie emocje; drżałam, a uderzenia w drzwi docierały do nas jak zza grubej, betonowej ściany. Było mi dobrze, najlepiej! Nie liczyły się okoliczności, tylko to, że znowu był. Znowu tak blisko, znowu dla mnie — tylko i wyłącznie.
Jedyną różnicą były jego usta; to nie był posmak papierosów…
— Walisz rybą! — syknęłam, odrywając się od niego. — Fu!
Drzwi nagle otworzyły się z hukiem, a w progu stanął rozwścieczony Itachi. Nim zdążyłam powiedzieć chociaż słowo, Sasuke uniósł ramię i w towarzystwie dziwnego półuśmiechu, nacisnął na spust. Wrzasnęłam, mimo, że strzał był ledwie słyszalny i przerażona popatrzyłam na starszego Uchihę. Trzymał się za bark, ze śmieszną, skwaszoną miną. Opadł na kolana, a jego ziomek patrzył na nas jak na jakieś potwory.
Usłyszałam, jak do mieszkania ktoś wbiega; stukot ciężkich butów przyprawił mnie o dreszcze, które zaraz zostały zniwelowane przez dotyk Sasuke. Był spokojny; stanął spokojnie przede mną, lekko przesłaniając własnym ciałem, a ja bez uprzedzenia wywinęłam orła. Runęłam na zimne panele, z przyjemnością przyjmując ich chłód i śmiałam się do siebie, tracąc ostrość widzenia.
— Nie wierzę — prychnęłam, uderzając się dłonią w czoło — co jeszcze za niespodzianki dla mnie szykujesz? — wybełkotałam, próbując skupić się na twarzy pochylającego się nade mną bruneta.
— Lepiej, żebyś nie wiedziała — odparł, starając się przekrzyczeć jakieś rozmowy. — Jeszcze mi uciekniesz.
Miałam ochotę krzyczeć, przeklinać, a nawet go pobić. Miałam ochotę sprzątnąć go z tego świata za to, że wrócił i namieszał w mojej głowie; że przypomniał o sobie, o dawnych uczuciach i o tym, że życie bez niego było naprawdę nudne. Niestety, nadmiar emocji sprawił, że po prostu odleciałam.


~***~


Siedziałam na końcu stołu, przeżuwając w zębach małego kęsa znienawidzonego jedzenia i wpatrywałam się w jego oblicze. W tle rozbrzmiewała jakaś rockowa ballada, dochodząca do nas z radia. Robił dokładnie to samo; różniły się tylko nasze miny. On był wyraźnie bardzo zadowolony z owego przebiegu zdarzeń, ja — niekoniecznie.
Nienawidziłam śledzi. Naprawdę cholernie, z całego serca nie znosiłam ich smaku, zapachu. A zmuszona byłam wepchnąć je w swój pusty żołądek, bo w lodówce znajdowały się tylko one.
— Powiesz mi w końcu, kim jesteś z zawodu? — mruknęłam, biorąc jak największego kęsa czerstwego chleba.
— Policjantem — mruknął, uśmiechając się do mnie ironicznie.
— A tak poważnie?
— Mówię poważnie — mruknął, odkładając widelec na talerz. — Od sześciu lat jako kryminalny. Polowałem na Itachiego i nie ukrywam, że kierowała mną chęć zemsty.
— Jego pojawienie się w mieszkaniu nie było przypadkowe, prawda?
— Nie — pokręcił głową i popatrzył na okno. Śnieg przestał sypać, chmury zostały rozwiane przez wiatr. Słońce powoli wspinało się na nieboskłon. — Naprawdę myślałem, że był martwy. Jednak dowiedziałem się, że widziano go w tym mieście. Przeprowadziłem się więc tutaj i rozglądałem za nim w taki sposób, żeby on w razie czego pomyślał, iż to czysty przypadek. Nie sądziłem, że to tak szybko nastąpi, więc nie byłem przygotowany. Zanim jednak wyszedłem do salonu, zadzwoniłem po posiłki i musiałem grać na czas. Przykro mi, że byłaś w to wplątana.
Poczułam jak kawałek ryby stanął mi w gardle.
— Przykro ci? — fuknęłam rozzłoszczona. — Przecież doskonale wiedziałeś, że tu przylezie! Dlaczego mnie nie uprzedziłeś?
— Bo nie chciałem, żebyś przypadkiem się wyprowadziła.
— Więc lepiej było narażać moje życie?!
— Bez ryzyka nie ma zabawy — prychnął.
Drzwi mieszkania otworzyły się energicznie, a do środka ktoś wszedł. Odruchowo cała się spięłam; od razu po całej tej akcji uprzedziłam Sasuke, że zakładamy w drzwiach dodatkowe zamki.
— Co tu się, do cholery, stało?! — Inuzuka wpadł do kuchni, a zaraz za nim wdreptała Ino.
— Nic ci nie jest?! — pisnęła, podchodząc do mnie. Złapała mocno za moje policzki, przez co usta wygięły mi się w dziwny dzióbek. — Cholera jasna, ale nam narobiłaś strachu!
— Jest szósta rano, nie róbcie takiego rabanu — wtrącił się Uchiha, na co Kiba wręcz zdębiał. — Sakura, po co im o tym mówiłaś?
— Weź ty się lepiej nie odzywaj — warknął szatyn — wiedziałem, że wpędzisz ją w jakieś kłopoty, jak zawsze z resztą.
— Przepraszam, panie wszystkie suczki w mieście moje — odparł, unosząc dłonie w geście kapitulacji.
Razem z Yamanaką parsknęłyśmy gromkim śmiechem, dokładnie pamiętając te słowa. Gdy Kiba pierwszy raz się z nami upił, rozebrał się do naga i paradował po Konoha, wykrzykując te słowa z niebywałą wiarą w ich prawdziwość.
— Uchiha!
— Kiba, uspokój się! — skarciła go blondynka. — Wystarczająco dużo przeszli w nocy, jeszcze chcesz im dokładać?
Podniosłam się z krzesełka, by wyrzucić resztę śmierdzącej ryby do kosza i wstawić talerzyk do zlewu. Sasuke zrobił dokładnie to samo, znajdując się po chwili przy mnie.
— Chcę cię tylko uświadomić, głupi gnojku, że jeżeli spadnie jej włos z głowy z twojej winy, to nie ręczę za siebie. Pamiętaj o tym — wymamrotał obrażony Kiba, krzyżując ramiona na piersiach. Ino sprzedała mi kuskańca w bok.
— Spokojnie — mruknął, przyciągając mnie nagle do siebie — wróciła w dobre ręce.
Dotarło do mnie rozczulone westchnięcie Ino i jakieś bluźnierstwa Inuzuki, który w ostatniej chwili został powstrzymany przez swoją narzeczoną, przed wtargnięciem między nas.
Przez chwilę miałam ochotę powiedzieć, że moje życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni, jednak prawda była nieco inna. Owszem, zmieniło się pod takim kątem, ale nie przez ten napad. Nie przez to, że zamieszkałam z Uchihą pod jednym dachem. Przeskoczyło tak wtedy, gdy zostawił mnie samą. W tamtą burzową, listopadową noc. A teraz? Teraz wszystko wróciło do normy.
Czy go kochałam? Oczywiście, że tak. Przecież to ja — Sakura Haruno, bezwarunkowo zakochana w tym wstrętnym dupku, który już bardzo dawno temu zaznaczył, że jestem tylko jego.
Wtedy, gdy śnieg powoli oblepiał nasze ciała.
Wtedy, gdy kryliśmy się spowici ciemnością na placu zabaw.
Wtedy, gdy jego usta smakowały papierosem.
Wtedy, gdy po raz pierwszy powiedział mi, ile dla niego znaczę.
Śledzie oceaniczne, nim osiągną dojrzałość płciową, nazywane są rybami młodocianymi. Gdy dojrzeją, przenoszą się do głębszych wód, by rozpocząć już nieco inny etap w swoim życiu… — Uderzyłam rozwścieczona w radio i przeniosłam wzrok na bruneta, nie szczędząc sobie nienawistnych, świszczących oddechów.
— Nawet się nie odzywaj, głupia kupo gówna.


Nienawiść do Ciebie jest najbardziej wyczerpująca. Nie chcę Cię nigdy więcej nienawidzić. — Meredith, Grey's Anatomy


~***~


Od Mayako: Od mojej ostatniej publikacji na tym blogu, minął dokładnie rok i jeden miesiąc. A nastawiałam się, że będę oddawać chociaż jednego one-shota na trzy miesiące! Okazuje się, że nie jest to takie proste. W międzyczasie zakończyłam moje ukochane Save Me(które właśnie wciąż poprawiam, by rozpocząć pisanie jego kontynuacji!) i 28 weeks later. Zamknięte Dusze wciąż żyją, ale do końca niewiele im zostało, no i rozpoczęłam autorską przygodę z fandomem Fairy Tail, co daje mi naprawdę wiele przyjemności w postaci Demona. A człowiek myślał, że w przeciągu rok niewiele może się wydarzyć. xO
Mam skrytą nadzieję, że to SS mi wyszło, naprawdę. Choć wyniki konkursu podpowiadają mi, że tak, to mogę sobie tak gdybać. Czekam na wasze opinie, komentarze, etc. Choć te kilka z rywalizacji chyba mi wystarczy, do pełni szczęścia… No, ale mimo wszystko! ;)
Kiedy kolejna partówka? Nie wiem. ALE NA PEWNO NIE BĘDZIE TO TRWAŁO ROK. XD
Chciałabym w końcu dokończyć Internetową znajomość ale ten tekst wymaga nieco pracy… To nie będzie zwykła konstrukcja tekstu, będę musiała nakombinować, żeby to schludnie wyglądało. Domyślacie się pewnie, o co mi chodzi.
Planuję jednak napisać niedługo krótkiego one-shota o Gruvii. Tak, erotyka. Ciekawa jestem jak mi to wyjdzie. :D Będzie on głównie dedykowany pewnej osobie z aska… Mam nadzieję, że do tej pory poznam chociaż jej pseudonim, żeby mieć więcej motywacji, bo trochę tak łysko dedykować coś anonimowym człekom.
Dobra, spadam!

Trzymajcie się cieplutko! ;)